niedziela, 27 stycznia 2013

 

W krajach takich jak Polska ateizm to nic innego niż poważne wykroczenie wobec zastanego porządku oraz ogólnonarodowej pobożności. Ateistów postrzega się tu jako zacietrzewionych radykałów o podejrzanej reputacji i nieczystych intencjach, a polityków otwarcie deklarujących niechęć do religii określa się mianem ‘niepoważnych’. Tymczasem w wysoko ucywilizowanych krajach Europy Zachodniej ateizm staje się normą, a religia kwestią zupełnie prywatną. Nadmierną religijność traktuje się tam jako dziwaczny ekscentryzm, którym nie warto zaprzątać sobie głowy. Postępująca z pokolenia na pokolenie sekularyzacja jest faktem oraz niezaprzeczalnym dowodem na to, że w zasobnych i demokratycznych społeczeństwach ludzie przestają wierzyć w boga i marnować czas na religię. Wbrew opowiadanym przez polski kościół banialukom powodem upadku religijności na Zachodzie nie jest żaden spisek ani konspiracja, lecz jest to naturalny i powszechny proces wszędzie tam, gdzie istnieje wysoki poziom edukacji, a obywatele mają szanse na godne życie. Wiara w boga staje się tam sprawą prywatną i nie jest koniecznym warunkiem pomyślnego funkcjonowania w ludzkiej społeczności.

Dla wszystkich pechowców, którzy urodzili się w kraju, gdzie panuje społeczny i państwowy przymus religijnej indoktrynacji, ateizm często jest czymś, do czego trzeba dochodzić poprzez świadomy wysiłek. Większości z nas fakt istnienia boga został zakomunikowany w tym szczególnym okresie naszego życia, gdy wierzymy w Świętego Mikołaja, a więc dokładnie wtedy, gdy bezkrytycznie dajemy wiarę wszystkiemu, co mówią nam na temat świata dorośli. Ufność małego dziecka stanowi ważne przystosowanie ewolucyjne, dzięki któremu nie musimy skakać w przepaść, by przekonać się na własnej skórze, jakie będą tego konsekwencje. Nasz gatunek osiągnął swój niebywały sukces właśnie dlatego, że ludzie akumulują informacje na temat rzeczywistości i przekazują je następnym pokoleniem. Twierdzenie, że istnieje wszechmocny i niewidzialny bóg zostaje niejako przemycone w tłumie pożytecznych, niezbędnych nam do życia informacji i to dzięki temu szacownemu towarzystwu zyskuje ono na wiarygodności. Informacja o bogu wyjątkowo mocno zagnieżdża się w bezbronnym umyśle młodego człowieka właśnie dlatego, że jest kompletnie nieweryfikowalna, a z drugiej strony przekazują nam ją starsi i bardziej doświadczeni członkowie naszej społeczności. Dodatkowo wiara w boga jest często silnie zabarwiona emocjonalnie, ludzie przypisują jest pozytywny etyczny wymiar oraz decyduje ona o naszej przynależności do grupy społecznej.

Wszystko to sprawia, że wpojona w dzieciństwie wiara zostaje z nami na długo. Można sobie tylko wyobrazić, jak wielu mielibyśmy dziś w Polsce ateistów, gdyby nasi rodzice o istnieniu boga informowali nas, gdy osiągamy wiek lat osiemnastu, a nie czterech. Z potencjalnie katastrofalnych skutków takiego postępowania zdają sobie sprawę wszyscy ci, którzy podkreślają obowiązek wychowywania dzieci w wierze – z pewnością z przerażeniem zareagowaliby oni na pomysł, by religia była dozwolona wyłącznie od momentu, w którym człowiek sam zaczyna decydować o swoim życiu i jest w stanie samodzielnie myśleć. Wszyscy ci, którzy bez zmrużenia oka twierdzą, że istnienie boga jest niezaprzeczalne oraz przytaczają na to swoje absurdalne ‘dowody’, rozumieją ten prosty fakt, że dużo łatwiej jest na chrześcijanina  wychować niż  nawracać. Trudno o bardziej czytelny wyraz ich niesłychanej hipokryzji, bo skoro z takim zapałem pragną zaszczepiać wiarę w młodych i bezkrytycznych umysłach, to przyznają tym samym jawnie, że ich wierze brakuje wystarczających podstaw, by mogła ona w XXI wieku przekonać do siebie kogokolwiek.

 

 

niedziela, 06 stycznia 2013

 

W trakcie świąt wpadła mi w ręce Wyborcza, gdzie Tomasz Halik, czeski teolog i psychoterapeuta, rozprawia się z prymitywnym ateizmem. Autor artykułu pisze tak:

Gdy ktoś twierdzi, że jest absolutnie niewierzący, często wtedy go pytam: jak wygląda ten Bóg, w którego nie wierzysz? Bo gdy coś odrzucam, muszę mieć przecież jakieś wyobrażenie o tym, co odrzucam.

A gdy ten niewierzący opisze Boga, w którego nie wierzy, często mu muszę z ulgą pogratulować: Bóg zapłać, że w takiego Boga nie wierzysz! W takiego Boga nie wierzę i ja. W odniesieniu do takiego teizmu i ja jestem ateistą.

Dalej czytamy co następuje:

Gdy dzisiejsi wojujący ateiści typu Richarda Dawkinsa walczą przeciw religii, wydaje mi się, że wyłamują otwarte drzwi. Ów bóg prymitywnego kreacjonizmu, z którego się Dawkins naśmiewa, nie jest i nie był nigdy Bogiem mojej wiary. Za nieuczciwe uważam to, że Dawkins zawsze musi sobie tak adaptować religię, aby była łatwą tarczą, do której można strzelać, a kiedy spotka się z taką wiarą, do której jego strzały nie trafiają, ogłasza ją wiarą nieautentyczną. Bóg jest dla niego tylko tym, co potrafi obalić.

 Dla mnie to, co Dawkins potrafi obalić, nie jest żadnym Bogiem. I tutaj dialog jest rzeczywiście trudny.

Czyli o co chodzi? Ateizm jest głupi i prymitywny, bo nie rozumie, czym jest bóg. Gdyby Dawkins zrozumiał, to by inaczej śpiewał, a my wszyscy wraz z nim. Ale Dawkins nie rozumie... Aż się chce zacytować psalmistę: Mówi głupi w swoim sercu: «Nie ma Boga».

Po tym ostrym wstępie z niecierpliwością czytałem dalej, by się dowiedzieć, czym jest bóg, abym mógł sam zrozumieć i się ze swego prymitywnego ateizmu wydobyć. Tomasz Halik pisze tak:

Od wiary nie oczekujmy wygodnej pewności, ale umiejmy czerpać z niej odwagę do wkroczenia w obłok tajemnicy. Wiara jest umiejętnością życia z Tajemnicą. Wiara jest drogą z wytyczonym celem eschatologicznym, a teraz, tutaj, na ziemi - jak pisze święty Paweł - widzimy jakby w zwierciadle, niejasno, w opowieści. Dojrzała wiara jest w stanie unieść otwarte pytania.(...)

 Człowiek - i to nierzadko zarówno w świecie, jak i we własnym wnętrzu - zostaje postawiony wobec Bożego milczenia. Ateizm i powierzchowna religijność (religijny fundamentalizm i tylko uczuciowa wiara) nie potrafią cierpliwie znosić Bożego milczenia, są zbyt szybko gotowe z odpowiedzią.

No i niestety... Pięknie brzmiące słowa, nie niosące grama treści, pozbawione znaczenia figury retoryczne. „Tajemnica”, „boże milczenie” – konia z rzędem temu, kto mi to wyjaśni. Proszę bardzo, możecie mnie nazwać niecierpliwym, goniącym za gotowymi odpowiedziami i pozbawionym głębi. Ja na to odpowiem, że uciekanie się do retoryki, której nie rozumie ani jej autor ani odbiorca, to swego rodzaju przemoc intelektualna, która ma za zadanie onieśmielenie maluczkich i zniechęcenie ich do stawiania pytań. Dawkins słusznie napisał, że świat, w którym istnieje bóg, jest czymś radykalnie odmiennym od świata, w którym boga nie ma. Argumentów na istnienie boga brak, więc o czym tu debatować? Mówienie o „tajemnicy” i „bożym milczeniu” to próba zaciemnienia czegoś, co jest zupełnie jasne. Takich rozpaczliwych prób podejmują się osoby wierzące, lub też lepiej: pragnące wierzyć, aby zagłuszyć swe wątpliwości w obliczu oczywistości, jaką jest boska nieobecność.

Gdy ktoś podobny do Tomasza Halika zapyta was, w jakiego boga nie wierzycie, nie dajcie się wpuścić w pułapkę – to nie na was powinien spoczywać obowiązek, jakim jest beznadziejna próba opisu czegoś, co nie istnieje i co jest waszym zdaniem zupełnie nieprawdopodobne. Ateista nie tyle odrzuca boga, co nie wierzy, że słowo "bóg" ma jakikolwiek realny desygnat. Gdy słyszę, że bóg jest milczeniem, wiem, że nie warto dalej dyskutować – wystarczy pogardliwe wzruszenie ramion. Jest to bowiem odpowiedź równie głupia, jak każda inna: że bóg jest stworzycielem świata, wszechmocnym i wszechwiedzącym duchem, pierwszą przyczną lub celem wszechświata. Subtelnym teologom wydaje się, że mówiąc w ten sposób, wynoszą się ponad prosty religijny motłoch, który wyobraża sobie boga jako starca z długą brodą. Ale bóg-milczenie to taki sam nonsens jak każdy inny bóg – jego wyznawcy nie wiedzą, do czego odnosi się ich wiara, i nie potrafią wypowiedzieć ani jednego sensownego twierdzenia na temat jej przedmiotu.

 

wtorek, 16 października 2012
sobota, 13 października 2012

Czy nasz zdroworozsądkowy sceptycyzm, z którego jesteśmy tak dumni, nie sprawia przypadkiem, że my ateiści widzimy świat w proszku, a nie znamy prawd żywych, jak pisał poeta? Być może zaprzeczając istnieniu boga i wszystkiego, co nadnaturalne, odzieramy tym samym rzeczywistość z magii, piękna i tajemnicy. Dla pozbawionego duchowej glębi ateisty świat to tylko zbieranina atomów, a jedynym celem jego pozbawionego sensu życia jest przekazanie własnych genów przyszłym osobnikom ludzkiej populacji. Dorzućmy do tej charakterystyki niemoralność, nihilizm i hedonizm, by dopełnić obrazu typowego bezbożnika, odpowiedzialnego – a jakże! – za Stalina, Mao Tse-tunga i rosnącą liczbę rozwodów. Twierdzenie, że nie istnieje ateistyczna moralność, to pogląd tak głupi, że szkoda z nim dyskutować, ale być może nasz brak wiary w cudowne zjawiska i ludzką duszę rzeczywiście świadczy o tym, że jesteśmy wypranymi z uczuć i niezdolnymi do odczuwania prawdziwego piękna materialistami?

Wbrew potocznemu użyciu tego słowa, materializm to nie tylko fascynacja dobrami materialnymi, lecz przede wszystkim pogląd filozoficzny, zgodnie z którym nie istnieje nic poza materią. Jest to pogląd w swej radykalnej postaci trudny do utrzymania, bo ciężko jest na poważnie twierdzić, że nie istnieją myśli i umysły, które to zjawiska pomimo swej kompletnej zależnosci od jak najbardziej materialnego mózgu, same w swej istocie są czymś radykalnie odmiennym. Historia filozofii to jedna wielka kłótnia na temat tego, co istnieje, a co nie. Przedmiotami tego sporu były takie „rzeczy” jak wartości, znaczenia, byty matematyczne, idee platońskie, prawda, piękno, dobro i tak dalej. Ateizm w żadnym wypadku nie predestynuje do miana filozofii, bo traktuje sam siebie wyłącznie jako zdroworozsądkowy pogląd na rzeczywistość, który nie wymaga ani specjalnego uzasadnienia, ani nadmiernego namysłu. Wedle tego mało kontrowersyjnego poglądu nie istnieją następujące rzeczy: bóg, dusza, życie po śmierci. Dodać do tej listy możemy również: lewitację, bilokację, duchy zmarłych, reinkarnację, jasnowidztwo, karmę i wszelkiego rodzaju cuda. I wbrew temu, co próbują nam zarzucić ludzie wierzący, ateiści to nie złowrodzy nihiliści ani prostaccy materialiści, a nasz ateizm nie oznacza braku wiary w miłość, piękno czy dobro, lecz stanowi on tylko i wyłącznie odrzucenie religijnych zabobonów, które są naszym zdaniem niczym więcej niż dokuczliwymi pozostałościami ciemnych, strasznych i okrutnych początków ludzkiej cywilizacji i które nie wnoszą absolutnie nic do lepszego i głębszego rozumienia rzeczywistości. To właśnie dzięki wykroczeniu poza dziecinne i prostackie religijne przesądy, świat ateisty jest ciekawszy i bardziej fascynujący niż świat człowieka wierzącego, bo to, co odsłania przed nami nauka i filozofia, fascynuje i zapiera dech w piersiach tysiąc razy bardziej niż jakakolwiek religijna wizja. Czy opowieść o biblijnym stworzeniu człowieka przez boga nie traci na literackiej atrakcyjności, gdy pomyślimy, że każdy atom w naszym ciele pochodzi z wnętrza martwej gwiazdy? A czy absurdalna teza, że bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, nie staje się jedynie niezrozumiałym nonsensem wprawiającym w zakłopotanie każdego myślącego człowieka, który zadał sobie trud zapoznania się z fantastycznym bogactwem i pięknem naturalnego procesu, jakim jest ewolucja, a którego prawdziwości mogą w dzisiejszych czasach zaprzeczać wyłącznie szaleńcy bądź kompletni ignoranci, by nie powiedzieć – idioci?

Wiedza, którą udało się nam zgromadzić na temat świata jest tak zdumiewająca i niesamowita, że przekracza ona nieskończenie wszystko, co miała kiedykolwiek na jakikolwiek temat do powiedzenia religia. Zbudowany z gwiezdnej materii i powstały w wyniku naturalnego procesu człowiek stanowi część Wszechswiata, który sam z siebie wytworzył w swym wnętrzu świadomą, myślącą istotę – i nic nie zdumiewa mnie bardziej niż fakt, że to poprzez ludzkie oczy Wszechświat spogląda dziś sam na siebie i uzmysławia sobie swe własne istnienie. Nasza zdolność myślenia jest jednym z największych „cudów”, wobec którego bezradnie rozkłada ręce nauka, bo trudno sobie wyobrazić, w jaki sposob ma ona badac coś, co jest dostępne wyłącznie w indywidualnym doświadczeniu konkretnego myślącego podmiotu. Jestem przekonany, że zagadka świadomości pozostanie na zawsze poza sferą badania naukowego nawet wówczas, gdy przyszła technologia pozwoli prześledzić drogę każdego elektronu w naszym mózgu. Lecz uzmysłowienie sobie obiektywnych ograniczeń własnego poznania nie jest przyznaniem sie do porażki, lecz jedynie racjonalnym i uczciwym postawieniem sprawy – co więcej, w żadnym wypadku nie jest to koncesja na rzecz wyjaśnień o charakterze religijnym lub ponadnaturalnym. Nie popadajmy w dziecinny błąd teistów, którzy zawsze i wszędzie na widok wszystkiego, co niepoznawalne lub niezrozumiałe, padali na kolana i krzyczeli wniebogłosy: bóg! Słońce wstało? – to Helios przemierza nieboskłon na złotym rydwanie. Przyszła zima? – widać Persefona wraca do Hadesu. Z ludzkiego zarodka wyrasta człowiek? – przyczyną jest zesłana przez boga dusza. Racjonalny człowiek w zetknięciu z tym, co niepoznawalne, nie zaczyna tworzyć mitów, by w prostacki sposób upokoić sam siebie, lecz ma odwagę powiedzieć, że czegoś nie wie. A to, czego nie wiemy, na zawsze wystarczy, by nasza rzeczywistość wydawała nam sie  piękna, cudowna i pełna tajemnic. Świat zapiera dech w piersiach wszystkim tym, którzy zadali sobie choć trochę trudu, by czegoś się o nim dowiedzieć. Ludzie, którzy wznoszą oczy do nieba, by dojrzeć tam boga, z reguły nie zauważają świecących na nim gwiazd.





sobota, 14 kwietnia 2012
niedziela, 18 marca 2012

Spór przeciwników i zwolenników zapłodnienia in vitro pokazuje, do jakiego stopnia arbitralnie ustanowiony dogmat może zniekształcić i wypaczyć ludzką moralność. Jest to również przykład na to, że moralność oparta o wiedzę i naukę prowadzi do realizacji większego dobra niż ta ugruntowana w ignorancji i religijnych przesądach. Ważnym głosem w tym sporze jest niezwykle interesująca książka Zdzisławy Piątek O śmierci, seksie i metodzie in vitro. Książka ta, podkreślając chęć dialogu i nie stanowiąc bezpośredniego ataku na religię, domaga się przestrzegania wolności światopoglądowej i laickości państwa. Autorka słusznie podkreśla, że zakaz in vitro jest motywowany wyłącznie religijnym wierzeniem, które w żadnym wypadku nie powinno mieć wpływu na stanowienie prawa.

Po przeczytaniu książki prof. Piątek z jednej strony odczuwam podziw i szacunek dla głębokiej wiedzy oraz bioetycznej argumentacji, którą prezentuje autorka, z drugiej strony obezwładnia mnie ignorancja i brak jakiegokolwiek sensu w katolickim potępianiu metody in vitro. Owładnięci ideologicznym ferworem obrońcy życia, nie rozumiejąc zapewne istoty samego procesu, przyrównują dokonywaną podczas in vitro pozytywną selekcję zarodków do  e l i m i n a c j i  o s ó b  n i e p e ł n o s p r a w n y c h . Innymi słowy, niszczenie zapłodnionych komórek jajowych, w których wykryto poważne wady genetyczne, to zdaniem kościoła morderstwo oraz eugenika. Absurdalność takiego stawiania sprawy widać jak na dłoni, gdy zrozumie się, że wady genetyczne nie są w żadnym wypadku wynikiem stosowania metody in vitro, lecz należą do naturalnego ryzyka wpisanego każdorazowo w proces zapłodnienia, w wyniku którego ponad 2/3 ludzkich zarodków ginie na skutek naturalnego poronienia, zanim jeszcze mają one szanse zagnieździć się w ściance macicy. Diagnostyka preimplantacyjna i pozytywna selekcja dokonywyna w metodzie in vitro jest więc w gruncie rzeczy odwzorowaniem naturalnego procesu eliminacji niepełnowartościowych embrionów, który odbywa się w trakcie zapłodnienia w ciele kobiety! Cóż jednak znaczą racjonalne argumenty wobec ludzi opierających swój światopogląd o starożytne księgi dzikich ludów pasterskich sprzed tysięcy lat – by zaspokoić ich prymitywne poczucie dobra, należy w imię obrony świętości życia zrezygnować z szatańskich zdobyczy współczesnej nauki i pozostawić wszystko w rękach boga. Pozwolę sobie w tym miejscu skorzystać z zasobów Wikipedii i zaprezentować listę mutacji i chorób, na których eliminację pozwala pozytywna selekcja w metodzie in vitro, a którymi bóg z niewyjaśnionych do dziś przyczyn w swym nieskończonym miłosierdziu obdarza niewinne ofiary; są to: zespół Patau, zespół Downa, zespół Edwardsa, zespół Klinefeltera, zespół Turnera, mukowiscydoza, beta-talasemia, anemia sierpowata, zespół Smith-Lemli-Opitz, rdzeniowy zanik mięśni, choroba Huntingtona, choroba Charcot-Marie-Tooth, zespół łamliwego chromosomu X, hemofilia A, dystrofia mięśniowa Duchenne’a . Uprzedzam, że ze względu na wyjątkowo makabryczny charakter szczegółowe opisy niektórych z wymienionych wad genetycznych i chorób nadają się wyłącznie dla osób o mocnych nerwach oraz posiadających spory zapas ufności dla bożej dobroci. My niewierzący mamy to szczęście, że nie musimy przejmować się boskim zamiłowaniem do makabry – musimy natomiast, niestety, przejmować się głupotą naszych bliźnich, którzy sądzą, że lepiej urodzić monstrualnie zniekształcone, niedorozwinięte dziecko, które umrze po miesiącu cierpień, niż zniszczyć zlepek kilku niezróżnicowanych komórek tworzących ludzką zygotę, bo kościół katolicki wmówił im, że jest ona pełnoprawną ludzką istotą.

Najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt, że pogląd ten stał się oficjalną katolicką doktryną dopiero w 1917 roku. Z książki prof. Piątek dowiadujemy się, że wcześniej wśród myślicieli chrześcijańskich dominowała teoria opóźnionej animacji, zgodnie z którą zarodek staje się człowiekiem dopiero w późniejszym stadium rozwoju, gdy różnicują się jego narządy. Brzmi rozsądnie? Dla katolików też brzmiało rozsądnie, ale tylko do roku 1917, bo dziś już nie. Dziś, popierając zapłodnienie in vitro bądź też dopuszczając mogące nam przynieść niewobrażalny postęp w medycynie badania nad komórkami macierzystymi, jesteśmy określani mianem zwolenników cywilizacji śmierci i prawdziwego holocaustu naszych czasów – jak mają to w zwyczaju ładnie formułować kościelni hierarchowie. Doprawdy, współczuję wszystkim wiernym, którzy muszą czuć się nieswojo na wieść o tym, że jedyną słuszną prawdę na temat zarodków Watykan odkrył niecałe sto lat temu, a wcześniej przez brak jasnego stanowiska w niezaprzeczalny sposób zasłużył się w budowie fundamentów zbrodniczej i rozpustnej współczesnej cywilizacji. Wszystkim normalnym osobom zwracam natomiast uwagę, że postęp nauki, kultury i cywilizacji może dokonywać się przy jednoczesnym regresie i radykalizacji religii.

Autorka O śmierci, seksie i metodzie in vitro stara się w racjonalny sposób przeanalizować katolicki pogląd, że zapłodniona komórka jajowa to człowiek i pyta o konsekwencje akceptacji tego stanowiska. Wspomagając się książką Ludwika Kostro pt. Eros, seks i aborcja w ocenie katolicyzmu krytycznego, prof. Piątek stosuje tzw. argument równi pochyłej, który pokazuje nam, do czego prowadzi akceptacja głoszonych przez Watykan dogmatów. Pytania, które padają, są następujące: 1. Czy miliardy embrionów, które zginęły w wyniku naturalnego poronienia, zmartwychwstaną na Sądzie Ostatecznym? 2. Czy kościół w trosce o zbawienie zamrożonych zarodków powinien je chrzcić? 3. Skoro 2/3 zarodków powstałych w procesie naturalnego zapłodnienia umiera, a następnie trafia do kanalizacji bez wiedzy potencjalnej matki, to jak wytłumaczyć boże okrucieństwo, które systematycznie skazuje 2/3 ludzkości na śmierć w tak poniżających warunkach? 4. Czy nowoczesna medycyna nie powinna przeznaczyć swych środków i zasobów na cel stworzenia swoistego prenatalnego pogotowia ratunkowego, aby poprzez ciągły monitoring narządów rozrodczych aktywnych seksualnie kobiet chronić wszystkie pechowe zarodki przed śmiercią? 5. Czy zarodek ma prawo po urodzeniu podać matkę do sądu, jeśli paliła ona w czasie ciąży papierosy lub piła alkohol? 6. Czy naprawdę chcemy, o ile byłoby to wykonalne, by w naszym przeludnionym i stającym na skraju totalnej katastrofy ekologicznej świecie, rodziło się dwa razy więcej dzieci?

Stawianie pytań o praktyczne konsekwencje prawd wiary nie jest w religii szczególne popularne, bo wymagałoby od niej wykroczenia poza ciasne ramy dogmatu i próbę zrozumienia realnej rzeczywistości, co często okazuje się zadaniem przekraczającym zdolności intelektualne jej wyznawców. Jednak nawet w uszach najzagorzalszych orędowników ochrony życia powyższe pomysły muszą brzmieć absurdalnie. Nie da się też ukryć, że kościół katolicki w praktyce stosuje odmienne standardy postępowania wobec dorosłych ludzi niż wobec embrionów, co mi osobiście nasuwa podejrzenie, że poza głośnymi deklaracjami o świętości życia od chwili poczęcia produkowanymi na użytek wiernych, mało kto te brednie traktuje tak naprawdę poważnie. Świadczyłoby o tym również wysokie poparcie dla metody in vitro w polskim społeczeństwie, co pozwala zachować nadzieję, że zdrowy ludzki rozsądek nie daje się do końca ogłupić kościelną propagandą.

Kończę swój wpis cytatem z książki prof. Piątek, która to w całości jest moim zdaniem imponującym przykładem wysokiej klasy argumentacji etycznej, nie wymagającej od nas, ateistów, przyjmowania niczego ‘na wiarę’, lecz pozwalającej oprzeć naszą moralność o racjonalne rozumowanie oparte o naukę i wiedzę o człowieku:

 Gdyby rozwój ludzkiej moralności poszedł w tym kierunku (polegającym na traktowaniu zarodka jako człowieka – przyp. Ateus), to całkowitej deformacji mogłaby ulec archaiczna potrzeba posiadania potomstwa, sprzężona z bezgraniczną miłością macierzyńską. Wszak skłonność do troskliwej opieki nad potomstwem obudowana emocjami godnymi najwyższego uznania została w nas wyhodowana ze względu na bezradność ludzkiego niemowlęcia, wymagającego długotrwałej opieki. Ta skłonność jest podstawą trwałości ludzkiej rodziny i zalążkiem kultury. Nie przyznawajmy więc zygocie statusu osoby i nie żądajmy od normalnej kobiety, żeby embrion darzyła takim samym uczuciem jak noworodka.







poniedziałek, 12 marca 2012

Największym przewinieniem każdej religii jest to, że bardziej przejmuje się ona wypełnianiem boskich nakazów niż losem i cierpieniem konkretnego człowieka. Zapatrzona w swego niewidzialnego boga i oderwana od realnie istniejącego świata religia buduje swą definicję dobra w opozycji do tego, co żywe i ludzkie. Gardząc światem doczesnym i cielesnością, uznaje za godne aprobaty tylko to, co duchowe, absolutne, wieczne i niezmienne. Odwracając oczy od zawiłości ludzkiego życia, religia upiera się, że głoszone przez nią normy i nakazy mają charakter bezwarunkowy i ponadczasowy. Oświeceni bożą łaską religijni funkcjonariusze, którzy twierdzą, że posiadają wgląd w ustanowione przez boga prawo, sporządzają długie listy reguł, których reszta ludzkości powinna przestrzegać bez względu na okoliczności. Tak oto przedstawia się despotyczny charakter religijnej moralności, która podkreślając boski i ponadczasowy charakter swoich przykazań, wymaga od wiernych bezrefleksyjnej akceptacji wszystkiego, co głosi. Jednak poza despotyzmem i zarozumialstwem, religia winna jest także temu, że zachęca człowieka do intelektualnego lenistwa, gdyż życzyłaby sobie, aby serwowane przez nią odpowiedzi i recepty raz na zawsze pasowały do każdego pytania i każdego problemu, zwalniając nas tym samym od obowiązku samodzielnego myślenia i odpowiedzialności za nasze wybory. To, że jest to niemożliwe, jest jasne dla osób myślących, bo realne ludzkie wybory są zbyt skomplikowane, by przykładać do nich zawsze tą samą miarę. W dzisiejszym świecie coraz lepiej widać, w jak wielką śmieszność popadają odseparowani od prawdziwego życia kapłani, którzy przerażeni panoszącym się moralnym relatywizmem, sami czerpią swe inspiracje ze starożytnych ksiąg prymitywnych cywilizacji i chcą na podstawie zawartych w nich zabobonów dyktować współczesnym ludziom, jak mają postępować.

Bezwarunkowy nakaz ochrony życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci to zdaniem większości chrześcijan jedna z absolutnie obowiązujących norm wynikających z boskiego przykazania: ‘Nie zabijaj’. Choć tak naprawdę norma ta zdaje się obowiązywać głównie w odniesieniu do zarodków, płodów i śmiertelnie chorych – bo chyba w mniejszym stopniu wówczas, gdy księża święcą czołgi? Nie zważając jednak na te drobne niekonsekwencje, chrześcijaństwo chce, aby zapanował absolutny zakaz aborcji, którą ochoczo porównuje się do morderstwa. Katolicyzm idzie nawet dalej i potępia zażywanie tabletek antykoncepcyjnych, które zapobiegając zagnieżdżeniu się zapłodnionej komórki jajowej w ściance macicy, zdaniem współczesnej religijnej szarlatanerii jest równoznaczne z zabiciem człowieka. Warto zapytać, skąd bierze się ta dziwaczna i kompletnie absurdalna potrzeba traktowania zapłodnionej komórki jajowej na równi z dorosłym człowiekiem? Początki tego archaicznego poglądu sięgają średniowiecznej filozofii na temat duszy, a w szczególności rozważań nad boską naturą embrionalnego Jezusa, na gruncie których na początku XX wieku wprowadzono do prawa kanonicznego zapis, że dusza ludzka zostaje zesłana przez boga dokładnie w momencie poczęcia. Zapłodnienie komórki jajowej, czyli powstanie nowego życia, jest więc w gruncie rzeczy aktem boskiej interwencji – dzięki zesłanej przez boga duszy w cudowny sposób powstaje nowa ludzka istota. A skoro tak, to jakiekolwiek działanie mające na celu powstrzymanie dalszego rozwoju ludzkiego zarodka, jest sabotowaniem boskiego planu oraz wyrazem niewyobrażalnej niewdzięczności, w którym odrzucamy najcenniejszy możliwy dar, jakim jest życie i nieśmiertelna dusza.

 Fascynacja nieśmiertelną i niezniszczalną duszą to objaw tej samej religijnej obsesji, która czcząc bezcielesny i wieczny absolut, z pogardą spogląda na wszystko to, co najgłębiej wpisane w istotę ludzkiego życia – przemijalność i śmiertelność. Produkując nieweryfikowalne kłamstwa na temat wieczności i odwracając uwagę od tego, co realne, religia zapomina o życiu konkretnej jednostki, bo skupia się wyłącznie na  a b s t r a k c y j n e j  w a r t o ś c i  życia pojmowanego jako dar boży. To wszystko prowadzi do tego, że ceniąca w człowieku jedynie duszę religia nie potrafi w swym zaślepieniu zrozumieć oczywistej różnicy pomiędzy osobą a płodem. I tak oto w oparciu o swe antyludzkie założenia chrześcijaństwo stawia za wzór etyczny te kobiety, które pomimo choroby nie podjęły w trakcie ciąży leczenia, lecz poświęciły własne życie dla ratowania życia nienarodzonego dziecka. W wyniku zakorzenionej w średniowieczu ideologii, zgwałcona kobieta nie powinna zdaniem kościoła skorzystać z awaryjnej antykoncepcji, bo los jednokomórkowej zygoty jest dla religijnych socjopatów ważniejszy niż trauma i nieszczęście ofiary gwałtu. Sięgając po konkretny przykład, warto przypomnieć niedawną historię, kiedy to jeden z brazylijskich biskupów obłożył ekskomuniką lekarzy i rodziców dziewięcioletniej zgwałconej dziewczynki, która poddała się aborcji! Do tak potwornego absurdu prowadzi oderwany od rzeczywistości religijny światopogląd, który ślepo żądając realizacji  a b s o l u t n e j  normy nakazującej ochronę ludzkiego życia, jednocześnie bez zmrużenia oka unieważnia znaczenie cierpienia  k o n k r e t n e j  osoby ludzkiej. Zaślepiona swą własną ideologią religia przemieniła się w odczłowieczone okrucieństwo, dla którego los i nieszczęście bliźniego nie znaczy nic.





sobota, 03 marca 2012
piątek, 02 marca 2012

Polscy politycy i ludzie kościoła głoszą, że chrześcijański system wartości to jedyna powszechna podstawa moralności, bez której nasze społeczeństwo rozpadłoby się niczym domek z kart. W związku z tym wszyscy niewierzący powinni zaakceptować owe wartości i wypełniać kościelne nakazy w imię wspólnego dobra. Doprawdy, trudno sobie do końca uzmysłowić, jak wiele fałszu, zarozumiałości i hipokryzji kryje się w tym prymitywnym żądaniu. Pogląd, że człowiek i społeczeństwo pozbawione religii stają się niemoralne, jest oczywistą nieprawdą, o czym przekonał się każdy, kto odwiedził państwa Europy Zachodniej, gdzie pomimo pustych kościołów i bankrutujących z braku wiernych parafii, spada przestępczość, utrzymuje się wysoki poziom społecznego zaufania, a nawet panuje dodatni przyrost naturalny, jak ma to miejsce w najbardziej ateistycznych krajach, Francji i Szwecji. Zlaicyzowana Europa Zachodnia, dla kawału nazywana przez polskiego papieża ‘cywilizacją śmierci’, to najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek spotkała człowieka w całej jego historii. To miejsce i czas, w którym ludzie nie toczą wojen, nie są prześladowani i nie umierają z głodu. To także miejsce i czas, w którym na naszych oczach umiera religia, a opuszczone kościoły przerabia się na mieszkania, sklepy i sale gimnastyczne. Dla osób wierzących zaskoczeniem jest zapewne fakt, że urodzeni w ateistycznych społeczeństwach ludzie masowo się nie mordują, nie gwałcą i nie kradną, lecz wiodą normalne życie, zakładają rodziny i ciężko pracują.

Religia ma jednak to do siebie, że wszystko stawia na głowie, i jeśli nie odpowiadają jej fakty, to tym gorzej dla faktów. W ten oto sposób szczęśliwa kraina pokoju i największego dobrobytu w dziejach ludzkości staje się ‘cywilizacją śmierci’, która została podporządkowana szatańskim nakazom ‘moralnego relatywizmu’. A skoro tak się rzeczy mają, to prawdziwa jest jednak teza, że brak religii prowadzi do moralnego upadku! Quod erat demonstrandum. Jak się okazuje, wystarczy dużo i głośno krzyczeć, że białe jest czarne, by następnie móc wmawiać nam ateistom, iż bez chrześcijańkiej etyki czeka nas i resztę ludzkości Sodoma z Gomorą. Lecz czy naprawdę oczekuje się od nas, że w imię odpowiedzialności za świat, przezwyciężymy swój egoistyczny ateizm i zaczniemy postępować wedle chrześcijańskich norm i przykazań, w których zasadność zwyczajnie nie wierzymy? Poziom absurdu bije tutaj kolejny rekord, ale do szczytu droga daleka.

Religia znów stawia wszystko na głowie, gdy naucza, że możemy postąpić etycznie jedynie wówczas, gdy nasze uczynki pozostają w zgodności z wolą wszechmocnego stwórcy. Tymczasem wypełnianie narzuconych planów i odgórnych nakazów jest zaprzeczeniem absolutnie wszystkiego, czym powinna być etyka, która ma wypływać  w y ł ą c z n i e  z wewnętrznej potrzeby czynienia dobra i życzliwości do drugiego człowieka. Wydaje się zdroworozsądkową oczywistością stwierdzenie, że jeśli ktoś po utracie wiary w boga stał się złym człowiekiem, to w gruncie rzeczy zawsze był zły – jeśli natomiast po utracie wiary pozostał dobry, to znaczy to, że jego dobroć od dawna leżała w jego naturze i nie była motywowana religijnym światopoglądem. Wiara w boga i etyka nie mają z sobą wiele wspólnego, a mogą wręcz stanowić dla siebie przeszkodę. Trudno bowiem do końca zrozumieć, jak miałoby być możliwe autentycznie etyczne postępowanie w świecie, w którym wszystko, co robimy i myślimy, jest poddawane nieustannej kontroli wszystkowiedzącego i wszechmocnego boga – jakikolwiek dobry uczynek dokonywany w tej sytuacji staje się moralnie dwuznaczny i podejrzany, bo nie wiadomo wszak nigdy do końca, czy przeprowadzając babcię przez jezdnię, mamy na względzie jej dobro, czy też własne zbawienie. Religia, dla której najważniejszym zadaniem jest spełnianie boskich przykazań w celu zbawienia własnej duszy, spycha na dalszy plan etyczny postulat  b e z i n t e r e s o w n e j  troski i odpowiedzialności za drugiego człowieka.

 



niedziela, 26 lutego 2012
sobota, 18 lutego 2012

Niektórzy zdają się nie wierzyć w istnienie ateistów, gdyż pogląd, że boga nie ma, wydaje im się zbyt dziwaczny, by mógł być wyznawany przez kogokolwiek. Zdaniem owych niedowiarków, ateizm jest jedynie udawanym pozorem, którego źródłem są zwykle pozamerytoryczne przesłanki: wrogość do kościoła, utrata nadziei lub moralny upadek. Ileż to razy zdarzało mi się słyszeć z ust osób wierzących, że mógłbym uwierzyć w boga, gdybym tylko zechciał. W słowach tych zawsze kryje się założenie, że ateiści są ateistami z czystej złośliwości – to grzesznicy, którzy w akcie buntu i sprzeciwu odwracają się od boga i odrzucają ofiarowaną im łaskę wiary. Myśląc o nas w ten sposób, osoby wierzące umieszczają nas wewnątrz swego religijnego paradygmatu i są w stanie przeinterpretować nasze dziwaczne zachowanie w zrozumiały dla siebie sposób.

Zaprzeczanie temu, iż posiadamy autentyczne i głębokie przekonanie o nieistnieniu boga i twierdzenie, że nasz ateizm to świadomy wybór, ma w sobie tyle samo sensu, co twierdzenie, że osoby homoseksualne mogą wybrać swoją orientację. Tego typu absurdy mają sens tylko na gruncie religii, bo z punktu widzenia osoby wierzącej nie sposób jest twierdzić, że to bóg stworzył ateistów – nasz upadek moralny i sprzeciw wobec boskiego planu musi więc być wyłącznie wynikiem naszej własnej decyzji, a nie zamysłem miłosiernego stwórcy. Jednak twierdzenie, że poglądy można sobie wybierać, niczym rękawiczki, jest niedorzecznością, która mogła się zrodzić wyłącznie w głowach osób poddanych religijnej indoktrynacji, bo to w ich umysłach bezustannie rogrywa się ów niekończący i schizofreniczny konflikt pomiędzy usilną wolą wiary w boga z jednej strony oraz bezustannym głosem zdrowego rozsądku, który bombarduje wiarę wątpliwościami co do jej zasadności. I tylko w tak absurdalnej i zapętlonej sytuacji, w jaką wpędza się ludzki umysł na potrzeby irracjonalnego wierzenia, poglądy rzeczywiście stają się wynikiem decyzji, a nie doświadczania świata i intelektualnej refleksji.

Ateista nie stoi przed żadnym wyborem i nie leży w zakresie jego możliwości uwierzenie w boga – w naszym braku wiary jesteśmy poddanymi wyższej konieczności, jaką ustanawia nad nami nasz rozum i zdrowy rozsądek. I to my ateiści powinniśmy wątpić w istnienie osób  p r a w d z i w i e  wierzących, gdyż to właśnie wiara w coś, na co brak jakiegokolwiek uzasadnienia, jest wyjątkowym wynaturzeniem i dziwactwem, przeciwko czemu buntuje się ludzki rozum. Poglądy bowiem albo się ma, albo się ich nie ma – można sobie wmawiać, że się wierzy w boga, można zmagać się z własnymi wątpliwościami i za każdym razem wychodzić z tych zmagań zwycięsko, ale sam fakt istnienia tych wątpliwości świadczy o tym, że zdrowa ludzka racjonalność nie daje się nigdy do końca zdusić narzuconym w sztuczny sposób religijnym przesądom. Doprawdy znamienny jest fakt, że z zagłuszania tych wątpliwości wewnątrz nas samych religia uczyniła cnotę, która ma nam gwarantować boską przychylność – bóg bowiem poddaje każdego z nas okrutnemu testowi: z jednej strony obdarzając nas darem krytycznego myślenia, z drugiej strony wymagając od nas uwierzenia w to, co irracjonalne. Jaki jest cel tego testu? Przez tysiąclecia apologeci religii wyprodukowali wiele grubych tomów, starając się zinterpretować boskie zamiary, lecz wszelkie tego typu interpretacje wymagają tak bardzo pokręconej i zagmatwanej logiki, że obrażają one elementarne poczucie dobrego smaku i szacunku dla ludzkiej inteligencji – przejrzystość i jasność rozumowań od zawsze przynależą do arsenału sceptyka.

 

 

sobota, 11 lutego 2012

Gdy stojąc na przystanku, rozważamy kwestię istnienia spóźnionego autobusu, nasze dotychczasowe doświadczenie na temat autobusów pozwala nam uznać, że oczekiwany autobus istnieje, nawet jeśli nigdy nie nadjedzie. Wniosek ten nie wypływa z nadziei lub pragnień, by autobus nadjechał, lecz z wiedzy o rzeczywistości. Ateizm to nic więcej niż stwierdzenie oczywistego stanu rzeczy, że w przypadku boga nie mamy wystarczającego uzasadnienia, by uznać jego istnienie. Nie jest to wielkie odkrycie i nie wymaga niczego poza krytycznym nastawieniem do przekazywanych nam na ten temat informacji. Na tym można by poprzestać i zająć się czymś ciekawszym, gdyby nie fakt, że wiara w istnienie boga oraz zorganizowana religia zawłaszczyły przestrzeń publiczną i chcą ingerować w najbardziej prywatne i intymne sfery naszego życia. Dokonuje się to na wielu płaszczyznach, ale dwa skrajnie odstręczające przypadki to odbieranie kobietom prawa do decydowania o swym własnym ciele oraz pozbawianie śmiertelnie chorych prawa do legalnej eutanazji.

Ukryta pod płaszczykiem miłosierdzia i cnoty religia przekracza ostatnie granice podłości, bo nie sposób bardziej zniewolić i upokorzyć człowieka niż wtedy, gdy odbiera mu się prawo do jego  w ł a s n e j  śmierci i  w ł a s n e g o  ciała. Nie sposób również okazać większego okrucieństwa niż wówczas, gdy w imię wiary w uniwersalną wartość życia skazuje się na przewlekłe katusze konkretnego, śmiertelnie chorego człowieka, który poza nadzieją na rychły koniec nie ma już nic.

Nikt nie powinien stać obojętnie w obliczu tego monstrualnego zamachu na ludzką godność i wolność dokonywanego w imię kłamstwa – czas z tym skończyć!

 

 

  

środa, 08 lutego 2012
Istnieje coś, czego obecność bezustannie manifestuje się w nas samych – nasz Rozum. Co więcej, jego istnienie i moc przejawia się we wszystkim, co na otacza: to dzięki ludzkiemu Rozumowi, a nie boskim naukom, cieszymy się dobrodziejstwami współczesnej techniki i medycyny, potrafimy zrozumieć pochodzenie życia oraz pogłębiamy naszą wiedzę o wszechświecie. Jednym z najbardziej oczywistych założeń, na gruncie którego Rozum poznaje i kształtuje rzeczywistość, jest postulat, by nie przyjmować niczego, co nie ma uzasadnienia. Brak uzasadnienia istnienia boga to fakt zupełnie bezsprzeczny, lecz kompletnie niezrozumiały dla większości osób wierzących. Wszak gdyby takie uzasadnienie istniało, to na czym miałaby polegać wartość ich wiary, nie różniącej się wówczas od wiedzy na jakikolwiek inny temat? Dobrze pojmował to Kierkegaard, gdy mówił o ‘skoku’ w absurd wiary, podkreślając tym samym jej irracjonalny charakter.

Zrozumienie tej prostej prawdy przekracza jednak możliwości większości ludzi wierzących i nie ma w tym nic dziwnego: akceptacja wiary w boga jako aktu zupełnie irracjonalnego jest zbyt trudna, bo człowiek to istota dążąca do racjonalności, a wiara bez uzasadnień jest głęboko sprzeczna z jego najgłębszą naturą. Ponieważ mało kogo stać, by wierzyć w sposób autentyczny – a więc uświadomiwszy sobie w pełni, jak ciężkie jest to wyzwanie, ludzie wierzący podejmują beznadziejne zadanie znalezienia uzasadnień na istnienie boga, podcinając tym samym gałąź, na której siedzą. Oczywiście żadna z takich prób nie spełnia założonego celu, a wszelkie dowody, argumenty lub świadectwa nie są nawet na tyle przekonujące, by ostatecznie rozwiać wątpliwości samych wierzących.
 
 
 
 

 
niedziela, 05 lutego 2012

Wiara i ateizm to nie tylko dwie skrajnie odmienne odpowiedzi na to samo pytanie, lecz także dwa kompletnie przeciwstawne sposoby myślenia i rozumienia świata. My ateiści z reguły słyszymy, że odrzucając boga, skazujemy się na nihilizm i beznadziejną egzystencję. Zarzut ten ma sens na gruncie religijnego myślenia, lecz dla kogoś, kto religijne myślenie ma za nic, to do znudzenia powtarzany banał, który irytuje swoją świętoszkowatością i poczuciem wyższości. Oskarżając nas o nihilizm i amoralność, jednocześnie wymaga się od nas poszanowania uczuć religijnych i wierzeń innych osób – jakkolwiek absurdalnych lub szkodliwych. Nadszedł jednak czas, by odrzucić fałszywą poprawność. Bezustanne oskarżanie ateizmu o wszystko, co najgorsze, sprawia, że mam dosyć udawania, że szanuję wiarę innych osób. Otóż nie – ani nie szanuję ani nie rozumiem! Ilekroć spotykam osobę wierzącą, ogarnia mnie zawsze olbrzymie zdumienie, że choć oboje chodzimy po tej samej ziemi i zgadzamy się co do wielu fundamentalnych spraw typu: niebo jest niebieskie, a drzewa mają liście, to jedno z nas wierzy w istnienie nadprzyrodzonej niewidzialnej istoty, która stworzyła i kontroluje świat. Doprawdy, często lepiej nie wiedzieć, co kryje się w głowach twoich bliźnich...

Kiedyś mocno wierząca osoba zadała mi pytanie, jak w ogóle możliwe jest życie pozbawione boga. Co odpowiedzieć na takie pytanie, gdy samemu uznaje się fakt nieistnienia boga za oczywisty? Jest to sytuacja kompletnie bez wyjścia – wiara tej osoby była dla mnie równie niepojęta, jak dla niej mój ateizm. Ta nieprzekraczalna odmienność bierze się stąd, że oba stanowiska wykluczają się w sposób absolutny. Religia idzie jednak dalej niż ateizm, gdy głosi, że jest jedynym źródłem prawdy oraz moralności. Aspirując do roli ostatecznej wyroczni, nie może pozwolić, by głoszono pogląd, że jest ona wyłącznie naiwnym przesądem. Zaciekłość religii w obronie swych prawd łatwo zrozumieć, gdy weźmie się pod uwagę jej ambitne cele połączone ze słabością argumentów – od tysiącleci religia brak sensu nadrabia żarliwością.

Dialog wierzącego z ateistą jest niemożliwy i zawsze stanowi zakamuflowaną próbę ewangelizacji, bo dla tego pierwszego zaprzeczenie istnienia boga to atak na najważniejsze z przekonań, na fundamencie którego opiera się cały jego światopogląd i sens życia. Pozornie pokojowe współistnienie nie zmienia faktu, że religia, dla której negowanie istnienie boga to najcięższy możliwy grzech, oraz ateizm, dla którego religia to utrwalony przez tysiącletnią tradycję zabobon, są i zawsze będą swymi śmiertelnymi wrogami.

 



niedziela, 29 stycznia 2012

Ktoś, kto chce się określać mianem ateisty, musi zrozumieć, że nieistnienie boga jest oczywistością. Ateista nie może wciąż powracać do tego samemego pytania i od początku roztrząsać argumentów za i przeciw. Dla każdego z nas nieistnienie boga powinno być tym, czym dla biologa prawdziwość teorii ewolucji, a dla astronoma fakt, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie odwrotnie. Debata na ten temat już się odbyła, wszystkie argumenty, jakie miały paść, padły. Sala opustoszała, delegaci rozjechali się do domów, nie będzie więcej nowych referatów ani sensacyjnych odkryć, które diametralnie zmienią obecny stan wiedzy. Ateiści to ci, którzy po wysłuchaniu argumentów obu stron, uznali, że idea boga to wyłącznie jeden z wielu błędów ludzkiego myślenia, z których z mozołem wydobywamy się w miarę postępu nauki i rozwoju ludzkiego intelektu.

Oczywistość nieistnienia boga, jest trudna do zaakceptowania dla wielu niewierzących. Są tacy, którzy twierdzą, że bóg – choć niepoznawalny – b y ć   m o ż e   i s t n i e j e. Pogląd ten nosi miano agnostycyzmu. Pomimo pozorów zdroworozsądkowej ostrożności, która miałaby polegać na powstrzymywania się od wygłaszania ostatecznych sądów, agnostycyzm prowadzi do aburdalnych wniosków i jest poglądem nad wyraz dziwacznym. Mówiąc, że być może istnieje coś, co jest dla człowieka zupełnie niepoznawalne i niedostępne, wypowiadamy puste twierdzenie, które nie niesie w sobie żadnej treści i nie dodaje niczego do naszej wiedzy. Logiczną konsekwenją agnostycyzmu na jeden temat, jest agnostycyzm na temat wszystkiego, co tylko jesteśmy sobie w stanie wyobraźić. Skoro nie odrzucamy możliwości istnienia niepoznawalnego boga, to dlaczego mielibyśmy odrzucać istnienie niewidzialnych jednorożców? Wszak oba stwiedzenia mają dokładnie tyle samo rzetelnych dowodów na poparcie swojej prawdziwości: z e r o.

Agnostycy często usprawiedliwiają swoje stanowisko, mówiąc: ‘Cóż jest dziwnego w naszej niechęci do wygłaszania kategorycznych sądów na temat istnienia czy nieistnienia boga? Nie wiemy wielu rzeczy, świat jest bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje, a nasze poznanie jest ograniczone.

Odwoływanie się przez agnostyków do ułomności ludzkiej wiedzy, omija istotę problemu. To prawda, że rozum i zmysły człowieka są ograniczone i często się mylimy. Jednak w tym małym zakresie, w którym jest nam dane poznawać świat i przeprowadzać rozumowania, mamy prawo powiedzieć: ‘wiem, że X’ lub ‘nie wiem, że X’. Jeśli rezygnujemy z tego prawa, to słowo ‘wiedziećstraci jakikolwiek sens i powinno zostać wymazane ze słownika. Twierdzenie: ‘Nie wiem, czy istnieje bógwypowiedziane przez osobę niewierzącą, wynika z intelektualnego tchórzostwa, a nie ze sceptycyzmu.

Agnostyku, więcej odwagi!

 
1 , 2
Dołącz do nas na facebooku:

unikalnych wizyt:
Free Counters

Najlepsze Blogi